Polska katastrofa budowlana wymagała 551 godzin akcji ratowniczej
W sobotę minie 20 lat od największej katastrofy budowlanej we współczesnej Polsce – zawalenia się hali Międzynarodowych Targów Katowickich w Chorzowie. 28 stycznia 2006 roku życie straciło 65 osób, a ponad 170 zostało rannych. Akcja ratunkowa trwała 551 godzin, czyli niemal 23 dni.
Najważniejsze informacje:
- Katastrofa była spowodowana błędami projektowymi i przeciążeniem dachu śniegiem – na powierzchni hektara zalegało około 190 kg śniegu na metr kwadratowy
- Proces sądowy zakończył się dopiero w 2021 roku, a projektant hali otrzymał 10 lat więzienia
- Bliscy ofiar otrzymali odszkodowania po 13 latach oczekiwania – w sumie wypłacono 15 mln złotych
Śnieżna zima doprowadziła do tragedii
Zima 2005/2006 była wyjątkowo sroga na Górnym Śląsku. Jak wspomina meteorolog Damian Dąbrowski, śnieg zaczął się gromadzić już pod koniec listopada. W styczniu na ulicach zalegało około pół metra zbitego, skutego od spodu lodem śniegu. Na dachu hali nr 1 warstwa śniegu i lodu ważyła według specjalistów około 190 kilogramów na metr kwadratowy.
O godzinie 17:15 przechodzący obok terenów MTK usłyszeli huk i zauważyli zawalenie się dachu. Strażacy dotarli na miejsce o 17:30 przy temperaturze minus 17 stopni. W hali, gdzie odbywała się 56. Ogólnopolska Wystawa Gołębi Pocztowych, znajdowało się 1329 osób – wystawców, zwiedzających, personelu i służb.
Dramatyczne historie ocalałych
Wśród uczestników targów była Sandrine Kosnicki – Francuzka z polskimi korzeniami. Po godzinie 17:00 na swoim stoisku otwierała szampana, gdy wystrzał korka zlał się z szumem walącego się dachu. Została przygnieciona metalem i stalą, a ratownicy wydobyli ją po sześciu godzinach jako ostatnią żywą osobę.
„Trafiłam do szpitala w bardzo ciężkim stanie. Miałam uraz nerek, złamany kręgosłup, gangrenę, do tego doszła sepsa” – wspominała Sandrine Kosnicki
Niektórzy uczestnicy uniknęli śmierci dzięki przypadkowi. Krzysztof Greger i Karol Lisieński przesunęli się na bok hali ze względu na głośną muzykę. Jarosława Oleksego uratował telefon – wyszedł odebrać rozmowę właśnie w momencie katastrofy.
Heroiczna akcja ratunkowa
Akcja ratunkowa była niezwykle trudna. Ratownicy musieli przedrzeć się przez liczne warstwy gruzów w mroźnych warunkach. Generał Janusz Skulich, który dowodził akcją, wspominał przerażające dźwięki telefonów komórkowych dochodzących spod rumowiska.
W akcji pomagały wyszkolone psy ratownicze. Poszkodowanych trzeba było odkopywać łopatami i kilofami, a konstrukcję zawalonego dachu podnosić za pomocą dźwigów i poduszek pneumatycznych. Akcja trwała łącznie 22 dni i 23 godziny.
Długa walka o sprawiedliwość
Komisja powołana przez Głównego Inspektora Nadzoru Budowlanego ustaliła, że bezpośrednią przyczyną katastrofy była utrata nośności konstrukcji spowodowana przeciążeniem śniegiem. Eksperci wskazali na błędy projektowe, wady konstrukcyjne oraz niestaranność montażu.
Proces sądowy rozpoczął się w maju 2009 roku. Oskarżonych zostało 11 osób. Najwyższą karę – 10 lat więzienia – otrzymał Jacek J., który sporządził projekt wykonawczy budynku. Sąd uznał, że miał świadomość zagrożenia bezpieczeństwa.
Ostateczny wyrok w sprawie wszystkich oskarżonych zapadł dopiero w 2021 roku, gdy Sąd Najwyższy oddalił kasację obrony nowozelandzkiego członka zarządu MTK.
Odszkodowania po latach oczekiwania
Poszkodowani i bliscy ofiar na wypłatę odszkodowań musieli czekać 13 lat. Według porozumienia małżonkowie, rodzice i dzieci ofiar otrzymali po 200 tysięcy złotych, rodzeństwo po 50 tysięcy złotych. W sumie na ten cel przeznaczono 15 milionów złotych.
Dzisiaj po hali MTK pozostał tylko pomnik ofiar, zdegradowany teren i pustka. To symbole przypominające o największej katastrofie budowlanej w historii współczesnej Polski.
Źródło: RMF24 Śląśk




Komentarze (0)